Peru – trzy pomysły

Poniżej polecamy trzy nieoczywiste rzeczy do zrobienia w Peru.

Wayna Picchu

Każdy słyszał o Machu Picchu, ale nie każdy wie o tym, że można – i warto – spojrzeć na to tajemnicze miasto z górującego nad nim szczytu Wayna Picchu (2.720 m npm).

Liczba osób wpuszczanych dziennie jest znacznie bardziej ograniczona niż w przypadku Machu Picchu – są tylko dwie tury po 200 osób, o 8:00 i 10:00 rano (zejście bez ograniczeń czasowych). O ile na Machu Picchu kursują autobusy, to na Wayna Picchu trzeba już wejść pieszo. Podejście zajmuje ok. godziny po kamiennej ścieżce z miejscami dość stromymi schodami – dla niektórych wysokość i przestrzeń mogą być wyzwaniem szczególnie podczas zejścia, ale nie jest to trudny technicznie i kondycyjnie szlak.  Z Machu Picchu warto też pójść w przeciwną stronę do „mostu Inków” – gdzie prowadzi niepokojąco wąska ścieżka nad przepaścią.

Będąc w Peru w listopadzie 2014, bilety kupowaliśmy z ok. tygodniowym wyprzedzeniem w Cuzco, ale w sezonie pewnie warto zrobić to wcześniej przez internet (www.machupicchu.gob.pe).

Czytaj dalej...

Kuba – podróż w czasie

Na Kubie spędziliśmy tylko tydzień. W tym krótkim czasie Kubańczycy dali nam się poznać jako bardzo otwarci i przyjaźni. Nigdzie do tej pory nie mieliśmy tylu spontanicznych i sympatycznych interakcji z ludźmi. Nauczeni doświadczeniem z początku czekaliśmy tylko, co nam będą chcieli sprzedać, ale okazało się, że często zagadywali nas tak po prostu, żeby pogadać. Choć oczywiście zdarzyło się też, że tak naprawdę chodziło o wskazanie nam drogi do restauracji czy znajomych sprzedających cygara…

To pozytywne nastawienie kontrastuje z materialnymi ograniczeniami. Kubański socjalizm wraz z obowiązującym od lat ’60 embargiem skutkuje obrazkami kojarzącymi się raczej z historiami rodziców niż dniem dzisiejszym.

Scenka 1: Rano w Starej Hawanie nie ma wody. Caty, nasza gospodyni żali się, że wodę wyłączają bez ostrzeżenia i w efekcie ona musi odwołać gości. Za beczkowóz trzeba słono zapłacić. Rozmawiamy. Mówi, że 3 godziny chodziła za masłem, które nam podała na śniadanie i za kurczakiem na rosół dla chorego syna. Zostawiamy jej naszą aspirynę – widać, że jest wdzięczna, bo tam nie może jej nigdzie dostać…

Scenka 2: Eduardo, gospodarz w Playa Larga opowiada, że Kuba jest najbardziej demokratycznym krajem na świecie. Zapytany wprost o możliwość krytykowania ustroju, chwilę milczy… po czym mówi, że tak owszem można krytykować, ale konstruktywnie. Bo niekonstruktywnie krytykują agenci opłacani przez Waszyngton. Eduardo dziwi się też, że Unia Europejska nie zaprasza Rosji do swojego grona: „o czym to świadczy?” – pyta retorycznie.

Scenka 3: Na szerokich reprezentacyjnych ulicach pojedyncze samochody – amerykańskie  buick’i, chevrolet’y, pontiac’i z lat ’50 lub rosyjskie moskwicze, żiguli, łady z lat ’80 (czasem daje się zauważyć fiata 126 – ze znaczkiem „polski fiat”!). Przewodnik Lonely Planet podaje, że na Kubie jest 40 aut na 1000 mieszkańców, dla porównania w USA – 800/1000 (w Polsce ok. 600/1000). Nie ułatwia to podróżowania autostopem (ale da się – sprawdziliśmy).

Czytaj dalej...

Maroko – medyny i pustynie

Cześć. Po długiej przerwie wreszcie udało nam się gdzieś wyrwać – tym razem padło na Maroko. Plan powstał spontanicznie, celem nie była plaża, a przede wszystkim pustynia i medyny, czyli stare miasta.

Wg niezastąpionego przewodnika Lonely Planet najciekawsze medyny ma Fez i Marrakesz, a piaszczyste pustynie z wydmami są dwie: Erg Chebbi i Erg Chigaga. Oba miasta udało się włączyć do planu, a z pustyń wybraliśmy pierwszą, bo była bardziej po drodze (ta druga jest podobno bardziej „autentyczna” cokolwiek to znaczy). Do tego zaplanowaliśmy krótki wypad w góry Atlas i odwiedzenie słynnych kasb (fortec) w Ouarzazate i Ait Benhaddou. Powstała trasa na 1200km, z Fezu, przez Midelt do Merzougi (baza wypadowa na pustynię Erg Chebbi), potem wzdłuż Atlasu przez Tinghir (skały Todra) i Ourazazate do Marrakeszu.

Czytaj dalej...

Wietnam cz.2 – Wyspa Cat Ba i Zatoka Ha Long

Zatoka Ha Long to jeden z najbardziej uderzających widoków w Wietnamie. Na powierzchni 1500 km² rozsianych jest ok. 1900 skalistych wysepek o stromych ścianach, sterczących wysoko ponad powierzchnią Morza Południowochińskiego. Wapienne podłoże sprzyja powstawaniu licznych jaskiń i grot, z których część można zwiedzać pieszo lub kajakiem. Ostatnio, w wyniku ogólnoświatowego plebiscytu, zatoka znalazła się wśród nowych siedmiu cudów natury.

Z Hanoi najłatwiej jest się tam udać ze zorganizowaną wycieczką oferowaną przez liczne Sinh Cafe, ale znacznie ciekawiej i taniej jest to zrobić na własną rękę. Do Hai Phong – największego miasta portowego kraju – jedziemy pociągiem (odjeżdża z małego dworca przy starym mieście, 3h, 3$, punktualny, wygodny z miękkim siedzeniem i telewizorem!). Po wyjściu z pociągu już na nas czekają taksówkarze na skuterach. Po krótkich targach dosiadamy się i po chwili mkniemy dwoma skuterami przez miasto do portu. Stamtąd  szybką łodzią motorową na wyspę Cat Ba i dalej autobusem (1,5h, 7$ po negocjacjach) do głównego miasta o tej samej nazwie.

Samo miasto Cat Ba nie ma właściwie nic do zaoferowania, z wyjątkiem tanich hoteli z widokiem na port (6$ za noc), knajpek z całkiem niezłym i równie tanim jedzeniem (szczególnie owoce morza, polecamy restaurację Tao Minh) oraz bazy wypadowej do zatoki Ha Long. Wyspa oferuje za to piękne widoki jak z serialu „Lost” – kręte drogi wzdłuż skalistego wybrzeża, schowane wśród skał plaże i wnętrze wyspy z wysokimi, porośniętymi dżunglą skałami. Warto poodkrywać ją samemu na wypożyczonym skuterze (5$/dzień) i odwiedzić Park Narodowy wyspy Cat Ba. Można tam powędrować jednym ze szlaków przez dżunglę z imponującymi drzewami o wielkich wystających korzeniach, zwisającymi nad głową pnączami i skałami przypominającymi kości dinozaurów. Godzina marszu pozwala dotrzeć na pierwszy szczyt, z którego z zardzewiałej, stojącej tu od nie wiadomo jak dawna wieży obserwacyjnej rozpościera się imponujący widok w głąb wyspy.

Czytaj dalej...

Wietnam cz.1: Hanoi – życie na chodniku

Wczesny ranek w Ha Noi. Chaos. Zapach. Hałas. Morze skuterów. Wszystkie trąbią płynąc nieustającym strumieniem po wąskich uliczkach. Na skrzyżowaniach strumienie ze wszystkich stron spotykają się, mieszają, po czym znowu się rozdzielają i każdy znów jedzie w swoją stronę. Pieszy musi tu uważać i poznać swoje miejsce w hierarchii. Ostatnie. Żaden pojazd nie ustąpi mu pierwszeństwa, nawet na pasach.

Aby przejść przez ulicę trzeba wykorzystać przerwę między pędzącymi skuterami. Trzy zdecydowane kroki i stop – czekamy na środku ulicy, aż miną nas z przodu i z tyłu. Kolejna przerwa – jeszcze tylko jeden skok i jesteśmy po drugiej stronie. Uwaga! Prawie wpadamy pod trąbiący skuter z dwiema zamaskowanymi dziewczynami w kapturach. Mimo wilgotności i upału, robią, co mogą, by pod warstwami ubrań schować się przed słońcem. Blada cera jest w cenie, a niewielu stać na wybielające kosmetyki.

Miejsca tu dla nich wszystkich mało, trzeba mieć oczy dookoła głowy. Im szybciej się zaakceptuje zasady rządzące tutejszym ruchem, tym lepiej. Większy ma pierwszeństwo. Kto pierwszy ten lepszy. Samochodów jest niewiele, więc to skutery rządzą ulicami. Można się przyzwyczaić. A najlepiej się przyłączyć – jazda skuterem po miastach Wietnamu dostarcza niezapomnianych wrażeń. Trzeba tylko dużo trąbić, oznajmiając wszystkim wokół swoją obecność, sygnalizując zamiar wyprzedzania i torując sobie drogę w potoku skuterów, rowerów i riksz.

Czytaj dalej...

Miasto widmo

W Kalifornii mieliśmy okazję zobaczyć Calico – miasteczko widmo, które rozkwitło dzięki okolicznym kopalniom, a po wyczerpaniu ich zasobów, w krótkim czasie opustoszało i zostało zapomniane. W Stanach Zjednoczonych jest wiele takich miast duchów, ale chyba żadne nie może się równać z polskim miastem widmem.


Kłomino w województwie Zachodnio-Pomorskim było zapleczem mieszkaniowym dla stacjonujących w Polsce żołnierzy radzieckich i ich rodzin, podobnie jak pobliskie Borne-Sulinowo. Kiedy w latach 90-tych pożegnaliśmy bratnią Armię Czerwoną, położone na pojezierzu pomorskim Borne-Sulinowo ze swoimi licznymi pustymi i śmiesznie tanimi mieszkaniami, dzięki staraniom lokalnych władz, przyciągnęło nowych mieszkańców (np. emerytów ze Śląska) i odżyło na nowo. Choć gdzieniegdzie wciąż straszą w nim opuszczone poradzieckie i poniemieckie budynki.

Czytaj dalej...

Bieszczady

Bieszczady w październiku. Nieprzenikniona mgła, im wyżej tym gęstsza – dziwne wrażenie iść szlakiem, gdy widoczność wynosi paręnaście metrów… Kilka miesięcy poźniej – majówka. W całym kraju pada deszcz i śnieg, a na na Połoninie Wetlińskiej – słońce.

Celem obu wycieczek było schronisko Chatka Puchatka – jest tam kilkanaście łóżek na poddaszu na zasadzie „kto pierwszy ten lepszy”. Piętrowe prycze są dość wąskie i nie ma prądu (z wyjątkiem sali jadalnej – tam jest jakoś do 22-giej) ani wody, a do toalety trzeba pomaszerować na drugą stronę grani, ale po kilku godzinach marszu śpi się tam doskonale. Szczególnie jeśli uda się otworzyć jedyne okno, gdy wszyscy zasną. A rano znowu w drogę.

PS

W galerii pojawił się też przycisk „Photo data” – można podejrzeć ustawienia dla każdego zdjęcia.

Bałtyk wiosną

Dawno się nie odzywaliśmy, bo poprawa pogody odciągnęła nas od komputerów, ale czas nadrobić zaległości i zamieścić klika zdjęć – tym razem znad Bałtyku. Cel: Kąty Rybackie u nasady Mierzei Wiślanej.

Nad morze jedziemy krajową 7-ką – w piątek po pracy trasa zajmuje 6 godzin. Mieszkamy w bardzo sympatycznym domku „U Betti” w towarzystwie stada czterech wesołych jamników – ich właściciele przenieśli się tu pobliskiego Elbląga.

Kąty Rybackie to malutka wioska nad Zalewem Wiślanym, oddzielona lasem od morza. W samym lesie jest rezerwat kormoranów – obszar licznej kolonii tych ptaków znaczą wysuszone ich odchodami drzewa (oprócz leśników, ptaków tych nie lubią też rybacy). Parę kilometrów na wschód leży bardziej turystyczna Krynica Morska, przejeżdżając przez którą należy uważać na wchodzące na główną drogę dziki. W przeciwną stronę z kolei można dojechać do obozu koncentracyjnego w Sztutowie i ujścia Wisły do Bałtyku.

Powrót mniej uczęszczanymi drogami pozwala odwiedzić wioski z charakterystycznymi dla Żuław Wiślanych drewnianymi domami podcieniowymi, 300-letnim młynem i małymi średniowiecznymi kościołami. Droga przez Malbork i Iławę niezła i dość pusta, choć kilkadziesiąt kilometrów dziurawego asfaltu na południe od Malborka nie pozwala jej z czystym sumieniem polecić. W samym Malborku zaskakują godziny wejścia do zamku – w niedzielne popołudnie jest już za późno na zwiedzanie, można tylko obejść zamek z zewnątrz. Warto wiedzieć, że dzisiejszy zamek to rekonstrukcja – był wykorzystywany do obrony w czasie II wojny światowej i został mocno zniszczony. Uwagę przykuwa osiedle bloków mieszkalnych kilkadziesiąt metrów od zamku – słabo się komponuje z otoczeniem. Po drodze trafiamy na zrujnowany pałac z XVIII wieku, w którym – jak informuje po polsku i francusku tabliczka – przebywał i z którego rządził imperium cesarz Napoleon Bonaparte.

Zapraszamy do galerii zdjęć.

Wild West cz.11 – „San Francisco – koniec podróży”

W drodze z Yosemite do San Francisco, mimo, że jedziemy ze wschodu na zachód i nasza szerokość geograficzna praktycznie się nie zmienia, temperatura spada drastycznie z 35 do 15 stopni, a tuż przed San Francisco bezchmurne niebo zachodzi gęstą mgłą. Jest wietrznie i zimno, na co na szczęście byliśmy przygotowani (w San Francisco nawet w lipcu i sierpniu nie ma co liczyć na prawdziwe kalifornijskie lato).

Kalifornijska plaża… Half Moon Bay pod San Francisco

Noc spędzamy na kempingu przy plaży w parku stanowym Half Moon Bay. Jednak  przypomina to raczej jesień nad Bałtykiem niż kalifornijską plażę – jest szaro, zimno, wieje wiatr… Zmarznięte mewy przytulają się do siebie na plaży albo szukają ciepła na dachu rozgrzanego parą wodną kepmingowego budynku z prysznicami. My już tęsknimy za słońcem, jednak nie wszystkim to przeszkadza – spacerując spotykamy kobietę z Arizony, która przyjechała tu na wakacje i jest zachwycona – dla niej ta pogoda to wytchnienie od ciągłego skwaru pustyni. Szukając gorącej wody na chińską zupkę (grzałka zepsuła nam się już na początku podróży), poznajemy amerykańską rodzinę, która tak jak my kończy tutaj swoją podróż kamperem. Zaczęli ją aż na Florydzie, gdzie sprzedali dom (mieli się przenosić do Wielkiej Brytanii). W cztery tygodnie przejechali całe Stany wszerz… z dwójką małych dzieci (jakieś 2 i 5 lat).

Czytaj dalej...

Wild West cz.10 – „Dolina Yosemite”

Z samego rana udajemy się do Parku Narodowego Yosemite. Po wielu kilometrach krętej leśnej drogi (akurat remontowanej, co oznaczało w kilku miejscach ruch wahadłowy) wita nas przepiękna panorama Doliny Yosemite.

Widok na Dolinę Yosemite – serce Parku Narodowego Yosemite, Kalifornia

Park ten, podobnie jak Park Wielkiego Kanionu, jest świetnie zorganizowany. Na wjeździe (20$ za samochód/7 dni) otrzymuje się dobrą mapę i gazetę na dany miesiąc z wieloma przydatnymi informacjami oraz planem rozrywek dla osób planujących dłuższy pobyt w parku. Jest kilka pensjonatów, kilkanaście kempingów, sieć autobusów pozwalająca zostawić samochód na parkingu. W Dolinie Yosemite znajduje się Yosemite Village – serce parku z centrum informacji turystycznej, sklepem spożywczym, restauracjami i barami. Przez park płynie rzeka, po której można popływać pontonem lub wykąpać się na jednej z kilku plaż.

Gdy rezerwowaliśmy noclegi w maju, nie było już miejsc na żaden z kilkunastu kempingów w parku, więc trafił nam się niezbyt dogodny kemping poza parkiem. Na miejscu okazało się, że w samym środku parku jeden z kempingów działa na zasadzie „first come, first served” – bez rezerwacji, miejsca udostępnia się według kolejności przybycia. Zapisy zaczynają się o 12:00. Czekamy prawie godzinę, ale udaje się – mamy miejsca na kempingu w samym sercu doliny Yosemite!

W czasie oczekiwania obserwujemy pisklaka, który najwyraźniej wypadł z gniazda. Atakują go wiewiórki, które rodzice skutecznie odganiają. Zgłaszamy to strażniczce, ale ta mimo najlepszych chęci mówi, że na terenie parku zwierzęta muszą sobie radzić same.

Czytaj dalej...